Gospodyni w majowym ogrodzie. Magia w ogrodzie – zdrowia łapanie. :)

„W zielony czwartek majowy
gospodyni swój przecier gotuje
z dziewięciu różnych ziółek
będzie dobry na każdą chorobę.”
Mądrość ludowa.
Dawna wiedza i mądrość ludowa, zapisana na pożółkłych kartkach starych rękopisów, czeka na dłonie delikatne, na serca i umysły otwarte  by ją poznać i stosować dla siebie, dla swojej rodziny, dla zdrowia.
Dziś słychać że zioła nie leczą, tylko leki z apteki i tylko te na bazie chemii one są w stanie wyleczyć. Wnoszę więc z tych głosów, że Twórcy zostawili człowieka i zwierzęta samopas na zatracenie, bo dopiero od niedawna chemię człowiek zna i stosuje w leczeniu. Do czasu tego, przez tysiące lat, ludzie umierali nie wyleczeni z żadnych chorób, bo wszak zioła nie leczą, no może wspomagają, ktoś bąknie z wysiłkiem, niechętnie uznając ich istnienie.

Uwielbiam stare książki zielarskie, rękopisy, magiczne recepty i dawne opowieści zielarek.
I tak na przykład w XI wiecznym rękopisie anglosaskim błogosławieństwie ziół, mówi się o Odynie bogu czarów tak: „Wziął dziewięć cudownych gałązek i uderzył trującego robaka, który zakradł się by zniszczyć człowieka.” A czytając o dziewięciu magicznych ziołach myślimy – to rzadkie rośliny, nie do zdobycia a tymczasem wymienione w anglosaskim błogosławieństwie rośliny, to całkiem zwyczajne zioła, wyrzucane z naszych przepięknych czyściutkich trawników, oto one: bylica, babka, rumianek, pokrzywa, trybula, włoski lub dziki koper – chwasty

Kompozycje dziewięciu ziół były różne w różnych rejonach świata. Na południu w Czechach były to takie zioła: macierzanka piaskowa, babka, mniszek, krwawnik, kaczeniec, werbena, farbownik, pokrzywa i rzepik. Zioła noszono jako wianki, wlewano do wody do kąpieli, robiono z nich maści, mieszano z olejami. Na polskich wsiach każdy miał olej z lnu, lub z konopi siewnej, gospodynie wrzucały do niego zioła świeże, stawiały na słońcu przez kilka dni, gdy olejki eteryczne przeniknęły rozgrzane słońcem do oleju, szczelnie zamknięte pojemniki lądowały w śpiżarniach na zimę.

Jest dziś mnóstwo książek o ziołach. Zioła rozebrane są tam do nagusa, :) podzielone na związki chemiczne: alkaloidy i siarkę glikozydy flawonoidy, saponiny i tak dalej są uprzedmiotowiane  a mnie zawsze interesowała magiczna strona świata i magia zawarta w roślinach, kamieniach, drzewach zdecydowanie mniej skład chemiczny,  choć i on zapewne może być ciekawy.
Postrzegam rośliny jako istoty żywe, choć z ogrodu warzywnego wyrzucam mniszka, ale już kawałek dalej rośnie sobie i przekwita spokojnie, ale ze skrzypem nie radzę sobie i zarasta mi warzywnik w tempie błyskawicznym, wyrywam a raczej urywam go po kawałku i dodaję to tu to tam gdzie tylko się da, lub nie da nawet.
Rośliny mają swoje osobowości i nie damy rady ich poznać tak jak i ludzi co się wydają nam  bliscy i przyjaźni  ale i tak pozostają nieznani. Wystarczy wiec wybrać kilku przyjaciół – osobowości ziołowych i się z nimi zaprzyjaźnić. Można sobie wybrać swoje własne dziewięć magicznych ziół, albo skorzystać ze starych recept.

Poznać zaprzyjaźnić się można poprzez bliską zażyłość, do niej należą: uważne patrzenie, czytanie o nich, ub szeptanie do nich. Wymiana – opieka za leczenie.
Szeptanie, jeden ze sposób zaprzyjaźniania się.
Szeptunki – tak nazywano w gwarze ludowej kobiety zielarki, które nisko pochylone zbierały zioła, szepcząc coś do nich. Bano się ich, mówiono że mają do czynienia z diabłem a dziś wiemy że rozmawiając z roślinami, tworzymy więź i bliskość, lepiej rosną są zdrowsze, tak jak nasze dzieci z którymi rozmawiamy, z którymi dzielimy się przemyśleniami.
Moje dziewięć ziół? :)
Bylica Boże Drzewko, Mniszek, Przywrotnik, Tasznik, Skrzyp, Pokrzywa, Macierzanka piaskowa, Piołun, Bluszczyk kurdybanek.  Ale używam też innych takich jak Wrotycz na przykład czy Dziurawiec że o Krwawniku nawet nie wspomnę.
Bardzo lubię Przywrotnik mam go ,w moim maleńkich ogródeczku ziołowym, od zeszłego roku, bardzo lubię gdy rano długo jeszcze trzyma się rosa na jego fałdach, jak na płaszczu którym można się otulić. :) Boże Drzewko sprowadziłam w zeszłym roku z Podlasia z Ziołowego Zakątka, krzewinki jeszcze malutkie a ja się nie mogę doczekać ich zbioru choć po kilka gałązek do potraw. :)
A wasze dziewięć ziół?

 Polecam moje dawne posty z zeszłego roku  o SZEPTUNKACH i BYLICY:
O mleczu i uleczeniu z anemii złośliwej TUTAJ.
Są także domowe sposoby POLECAM! na reumatyzm na ściągniecie wody z organizmu, no domowe czyli zwykłe. :)
Pasożyty CZTERY ZIOŁA –  szkoła Siemionowej.
A TU przepisy me. :)
Kto blisko mieszka może odwiedzić Ziołowy Zakątek i posłuchać opowieści…
No i PAMIĘĆ wody też chyba ciekawa.
Cały wykład o SOKACH czy warto i jak działają:
I Ciąg dalszy wykładu :) o sokach

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii, Zdrowie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

32 odpowiedzi na „Gospodyni w majowym ogrodzie. Magia w ogrodzie – zdrowia łapanie. :)

  1. Hana pisze:

    Mam je wszystkie! Mam! A nawet więcej! Jeszcze glistnik mam i na pewno też takie, których nie potrafię zidentyfikować. Ale zdecydowanie najwięcej u mnie kurdybanka – normalnie plantacja!

    • elka pisze:

      A jeszcze bym chciała wiedzieć Hano jak używasz Glistnika bo tu mam małą wiedzę wręcz żadną. :) A rośnie na działce i jest bardzo dekoracyjny. :)

      • Hana pisze:

        Kurzajek nie mam, ale „żywym” sokiem można smarować różne zmiany na skórze – pod warunkiem, że nie są to otwarte rany! Jakieś wysypki, podrażnienia, pryszcze wszelkiej maści, zmiany łuszczycowe nawet. Uważaj, sok jest mocno trujący, trzeba uważać na oczy i nie brać do paszczy. Ma właściwości bakteriobójcze, przeciwskurczowe. Wewnętrznie, napar z suszonego glistnika też można, ale ze względu na toksyczne właściwości bardzo trzeba uważać. Osobiście do środka sobie nie aplikowałam.

        • elka pisze:

          Dziś czytam blog http://utygan.blogspot.com/2014/05/talizmany.html znaleziony adres u Gorzkiej Jagody i tam na temat glistnika znalazłam, ale wcześniej już zdążyłam zadać pytanie o ten glistnik :))).
          Wiec suszony można pić i nawet nalewkę z niego robić. Nie umiem suszyć dobrze ziół i nie mam ich gdzie przechowywać, ale tę nalewkę chyba zrobię bo mnie to ziółko mocno kusi. Dajesz zioła do potraw? Bo ja to nie uczona mieszczka jestem, tak po omacku trochę robię. :)

          • Hana pisze:

            Daję zioła, a jakże! Głównie te najpopularniejsze: bazylię, estragon, oregano, lubczyk, tymianek, kurdybanek, mniszek i wiele innych, co się tam nawinie. Podobno podagrycznik sparzony smakuje podobnie do szpinaku, na razie jeszcze nie próbowałam, bo nie mam. Przecież zioła możesz na swoje potrzeby ususzyć wszędzie, byle nie na słońcu. I przechować po prostu w słoju.

          • elka pisze:

            Też ja też!! takie dodaję. I najczęściej już po ugotowaniu tak że są tylko mocno rozgrzane ale nie rozgotowane. :)

  2. ewa z mazur pisze:

    glistnika uzywała moja mama do smarowania kurzajek moim koleżankom. ja nigdy nie miałam i zazdrościłam im. kurdybanek zaczyna przekwitać i tepię go bez słowa przepraszam, bo w moim ogrodzie za duzo mu pozwoliłam ze względu na piękne kwiaty.
    ja w swoim życiu bardzo mało korzystałam z ziół, zresztą z chemii też nie – do czasu…
    natomiast uważam, że ziołami należy wspomagać leczenie farmakologiczne. kiedyś ludzie nie znali chemii, znali zioła i…zdrowieli lub umierali. jak teraz.

    • elka pisze:

      Wiem że na kurzajki ale podobno wewnętrznie można? :)
      A dodawaj kurdybanku do ziemniaków lub do zup na mięsiwie i warzywnych Ewuniu, poprawia smak, nie zaszkodzi na pewno. A paskuda pięknie kwitnie :) tak go trochę okrywowo w ogródku bylinowym stosuję i sobie tam jest na razie, ja się boję podagrycznika sprowadzić, to dopiero jest potwór, rozrasta się pierunem a wytępić się nie da za nic. A stosuje się jak sama nazwa wskazuje :).
      A z leczeniem? to tak jak wczoraj tak i dziś, tak było i jest.

      • Hana pisze:

        Posadziłam sobie żywokost. Jest piękny i pożyteczny, ale makabrycznie ekspansywny, wręcz nie do wytępienia. Ukorzenia się bardzo głęboko i wystarczy, że kawałek korzenia zostanie w ziemi. Zadusi wszystko na swojej drodze. Nie bez powodu nazywa się, jak się nazywa:(
        Jednak jeśli masz takie miejsce, gdzie może poszaleć – polecam, jest bardzo dekoracyjny i przywabia mnóstwo owadów, zwłaszcza trzmieli – widać ma w sobie coś, co one lubią.

        • elka pisze:

          Żywokost już pięknie kwitnie u mnie :). Najbardziej ekspansywny jest mniszek, odrobina zostanie i wyrośnie olbrzym mniszkowy no i chrzan, tego to trzeba kopać dookoła i głęboko. Ale ja chrzanu nie wywalam z działki, mam do ogórków jak znalazł, nie kupuję jak działkowicze w warzywniaku. I dodaję często do potraw. Uwielbiam moje działkowe warzywa i zioła, chociaż wiem o nich dużo za mało. :)
          Żywokost na kości naprawia je. U mnie jest go mało więcej dziewanny. Wiesz, nie mam pięknej zielonej wylizanej trawki, wręcz nie lubię takiej „czystości”. :)

          • Hana pisze:

            Z mniszkami się zaprzyjaźniłam, jak również z chrzanem i kretami. Nie można się pozbyć, to mus polubić:)

          • elka pisze:

            Prawda wielka prawda, ja lubię. Z mniszka miód już czeka na zimowe chłody, gęsty słodko gorzkawy, bardzo smaczny. :) Polecam na wątrobę i woreczek żółciowy.

  3. Hana pisze:

    A, i chrzan, zapomniałam. Mam go tyle, że mogłabym sprzedawać!

  4. Hana pisze:

    Ale jak, do ziemniaczków? Do gotowania kawałek, czy utarty na ugotowane, czy jak?

    • elka pisze:

      Liść może być pokruszony lub cały. Często też podpiekam ziemniaczki na patelni na spód i na wierzch kładę liście chrzanu. Dla mnie to jest smaczne z charakterem. :)

  5. Gorzka Jagoda pisze:

    Młode liście podagrycznika – owszem, ale starszych nie polecam. Nie dość, że twarde i skórzaste, to jeszcze mogą lekko podtruć. Na „dziki szpinak” lepsza lebioda. A maści i okłady z żywokostu działają cuda, przekonałam się o tym nie raz i nie dwa. Teraz, ponieważ korzenie w tej chwili nie nadają się do użytku, aplikuję mężowi na „zapalone”przyczepy ścięgien Achillesa kompresy z roztartych w moździerzu liści żywokostu z miodem. Goi i regeneruje.

  6. Antoni Relski pisze:

    Unia chyba krzywo patrzy na zioła
    Tak przynajmniej słyszałem
    Ale my się nie damy
    Pozdrawiam

    • elka pisze:

      Zdecydowanie nie damy się. :)
      Chyba że przy każdym lesie czy łące, postawią strażniczka z ostrymi nabojami, wtedy się damy.

  7. Olga Jawor pisze:

    Moje ulubione zioła? No, niekoniecznie dziewięć! Lubczyk, natka pietruszki, rumianek, mięta, melisa, rozmaryn, majeranek, pokrzywa, kwiat czarnego bzu, macierzanka, dziurawiec, wrotycz, glistnik-jaskółcze ziele, słodkie końcówki grubych, kwitnących traw, młode listki jeżyn i malin oraz kwiaty wyki. Mam to w większosci w ogrodzie i na polu.Niektórych ziół dodaje do potraw, niektóre podjadam pasąc kozy (patrzę, co im smakuje i sama też tego próbuję, np. dzisiaj chrupałam razem z nimi czerwone nasionka szczawiu), niektóre zioła suszę i popijam, albo do smarowania skóry jak np. glistnik używam. Jest teraz taka obfitośc wszystkiego, że jakby sie człowiek uparł, to by się na własnej łace, w lesie i w ogrodzie ziołami samymi wyzywił!
    Też uwielbiam historie o znachorkach, zielarkach, czarownicach i ich tajemnych recepturach. Wciąz staram sie poszerzać swoją wiedzę na temat dzikich roslin i ich uzycia. To wiedza zanikająca i coraz mniej jest osób, które potrafią rozróżniać i mieć pojęcie co i do czego uzyć. I to jest jedna z przyjemności mieszkania na wsi, w czystym, zielonym rejonie – obserwować, próbować, stosować, cieszyć się bogactwem przyrody.
    Elu! Usmiech serdeczny zasyłam po pracowitym dniu!:-))

    • elka pisze:

      No tego nie wiedziałam że końcówki trwa jeść można z bloga Utygan dowiedziałam się bardzo dużo nawet niezapominajki i bergenia na co jest, tam jest kopalnia wiedzy. To jest przyszłość w ziołach w ekologii i w jedzeniu bezmięsnym, tak widzę przyszłość tego świata. Choć w tej chwili trudno jeszcze to dostrzec. Ale jeszcze rybkę czy krewetkę chętnie zjem czy też rosołu z kurki łykowatej się napiję ale to już rzadko. :) Ciepłe uściski kochana prawie od samego rana. :)

  8. margo pisze:

    Zioła w ogrodzie zostawiam mojemu mężowi. Musiałam teraz urządzić kolejny raz moją kuchnię, zapomniałam o przyprawach i po za solą nie było nic, pierwsza potrawa smakowała jak papier. Zioła są jednak złotem jeżeli chodzi o przyprawianie jedzenia. Teraz zielsko( suszone) już zajmuje miejsce na półkach. Pozdrawiam

  9. My bardzo oddaliliśmy się od natury. Ale wystarczy przyjrzeć się domowym zwierzakom. Po co pies, od czasu do czasu „przegryza trawę”. I sam wybiera specyficzny gatunek. Kto go tego nauczył? :)
    Moja babka była chodzącą encyklopedią receptur, zajwek opisanych przez Ciebie. „Specjalistką”: dzieci. Jak kiedyś przeczytałam, o „zawijaniach” suchych, mokrych, masażach. Pomyślałam, przecież ja to znam. A to ma swoją nazwę? Tak było w wielu kwestiach. Najlepsze było to, że mnie się długo, długo wydawało, że wszyscy dookoła posiadają taką wiedzę na wewnętrzny użytek :)))

    • elka pisze:

      Masz zapisane w pamięci czy babcia zostawiła jakieś notatki czy podzieliła się swoją wiedzą z wnuczką? :) I nie wiem czy ma swoją nazwę. Właśnie że nie mamy takiej wiedzy już zniknęła wraz z babkami. Może gdzieś daleko w świecie kultur „pierwotnych.”

  10. abigail pisze:

    Wszystko ciekawe Eluś :)… Ja też używam ziół, ale nie tak świadomie jak Ty…, a do ziół mnie ciągnie…

    • elka pisze:

      Abi pozwól się przyciągnąć. :)

      • abigail pisze:

        Jak będę na emeryturze :D…, ale może uda się wcześniej ;)… Zioła używam, ale głównie suszone ;/, albo taki, jakie uda mi się dopaść w sklepach w doniczkach…

        • elka pisze:

          Niech się uda wcześniej, :) suszone też używam. Świeże takie jak tymianek oregano czy szałwię najczęściej. Samo zdrowie. :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>