Kręgosłup, pozytywne opowiadanie, podnoszące na duchu.

Mieć w sobie Coś, takie coś, co zmusza do szukania, do zmiany swoich przekonań i nawyków, takie coś, co otwiera umysł i coraz dalej rozsuwa klapki na oczach. To Coś przecież można w sobie rozbudzić. Przecież nie wystarczy żyć tylko aby  żyć.

A dar nieba

http://www.tadzimir.pl

Dziś chciałam napisać o kobiecie z mojego miasta, chociaż urodziła w A Lecznicza-potega-mysli_Soczi, mieszka w Polsce od ponad 50 lat.  Niezwykła kobieta, która ratowała zdrowie wielu, wielu ludziom.
Dr. Jail Kubacka, dość niezwykłe swojej pochodzenie opisała w swojej pierwszej książce „Dar Nieba”. Druga książka opowiada jak sama siebie potrafiła wyleczyć z wielu powierzchownych dolegliwości ale i bardzo ciężkich uszkodzeń ciała w tym z dyskopatii, książka nosi tytuł: „Lecznicza potęga myśli”.

Kręgosłup:
„(…) Mój najmłodszy wnuczek miał wówczas dwa lata. (..) Lubił gdy nosiłam go rękach a ponieważ był szczuplutki i lekki nie widziałam powodów by nie spełniać jego zachcianek.. Jednak gdy tylko go podniosłam poczułam tępy ból w lędźwiowej części kręgosłupa. (…) Tym razem jednak wystarczyło, że się lekko pochyliłam a moje ciało przeszył przerażający ból, który w jednej chwili mnie sparaliżował. I jak rażona piorunem osunęłam się bezwładnie na podłogę. Leżąc bez ruchu bałam się wykonać jakikolwiek najdrobniejszy ruch. I nagle świadomość że w pełni sprawna istota w ułamku sekundy, może stać się bezwolną kukłą, wydała mi się tak absurdalna, że zaczęłam się śmiać. Mąż nie wiedząc o co chodzi zareagował ostro: – Ilona, dość tego cyrku. Wstawaj idziemy do domu.
Dopiero gdy się uspokoiłam, wytłumaczyłam wszystkim że coś się stało z moim kręgosłupem i nie mogę się poruszyć. (..) nie pamiętam jak mężowi udało się mnie wsadzić do samochodu i jak dojechaliśmy do domu. Ortopeda potwierdził moją diagnozę: ciężki przypadek dyskopatii, dodał też że czeka mnie długotrwałe leczenie, niekoniecznie zakończone sukcesem. (…)

Leżąc rozmyślałam jak sobie pomóc:
Przypomniałam sobie, że nie tak dawno widziałam w  telewizji program o leczeniu niekonwencjonalnym i samoleczeniu. Zapamiętałam, że podstawą powodzenia w samoleczeniu jest umiejętność zobaczenia chorego miejsca i użycia własnej woli. Potraktowałam to z lekkim przymrużeniem oka ale jednocześnie byłam tak zdesperowana że zaczęłam myśleć o tym, czy to jest możliwe. (..) moje rozumowanie szło logicznym torem skoro ktoś tego dokonał i ja, jako taka sama ludzka istota, powinnam potrafić to osiągnąć. Muszę się tylko bardzo postarać, bardzo chcieć i uwierzyć”

Zaczęłam się koncentrować na moim kręgosłupie. Starałam się wyobrazić go sobie na wszelki możliwe sposoby, na przemian z zamkniętymi i otwartymi oczami. Moje kilkogodzinne zmagania nie przyniosły jednak żadnego rezultatu. Kiedy mąż wrócił z pracy poprosiłam żeby podał mi książkę Anatomia człowieka. (…) Zamknęłam książkę i usiłowałam odtworzyć rysunek z książki. Ćwiczyłam to wielokrotnie przez jakieś dwie godziny bez rezultatu.

Byłam zrezygnowana, pomyślałam sobie: „Co za bzdura zobaczyć wnętrze własnego organizmu? Przecież to absurd! Jak mogłam w coś takiego uwierzyć!?”

Odłożyłam książkę, zamknęłam oczy żeby zasnąć. Leżałam bez ruchu czując, jak powoli robi się przyjemnie i błogo, ale nie chciało mi się spać. Po krótkim czasie pod powiekami zaczęła powstawać dziwna jasność.
Mimowolnie skoncentrowałam się na niej i wtedy … z ciemności wyłoniła się się mgiełkowa, fiołkowa światłość. Z tej mgiełki na czarnym tle powstał rysunek czegoś, co przybierało coraz bardziej konkretne kształty. Nie mogłam uwierzyć – to widoczny jak na rentgenie kręgosłup, z tą tylko różnicą, że ten który widziałam miał kolor fiołkowy.
Nie od początku zdawałam sobie sprawę że to obraz mojego kręgosłupa. W pierwszej chwili pomyślałam, że udało mi się odtworzyć planszę z Anatomii człowieka. Ale po chwili zauważyłam, że jest coś z nim nie tak. I wtedy doznałam olśnienia – to nie jest kręgosłup z książki, ale mój własny. A więc jest to możliwe!

Zaczęłam bardzo dokładnie odcinek po odcinku, przyglądać się „rentgenowskiemu zdjęciu”. Zlokalizowałam dwie strefy przesunięć kręgów: niewielką w  kręgach piersiowych i znaczną w kręgach lędźwiowych. Nie wyglądało to ciekawie. Po krótkiej chwili podekscytowania i zauroczenia tym rzadkim widokiem postanowiłam przystąpić do drugiego aktu mojego doświadczenia, do samoleczenia.

Skoncentrowałam się na odcinku lędźwiowym w przekonaniu, że muszę i potrafię wstawić kręgi na właściwe miejsce. Dosłownie mocowałam się z moim kręgosłupem, aż wreszcie zaczęło się coś dziać. Wysunięte kręgi powolutku wsuwały się na swoje miejsce. Temu zabiegowi towarzyszył przejmujący ból ale ani na chwilę nie zmniejszałam stanu napięcia psychicznego, starając się doprowadzić całą operację do końca.
Czuję się w obowiązku wyjaśnić, że określenie „zdjęcie rentgenowskie” nie jest do końca precyzyjnym opisem, tego co widziałam. Obraz nie był płaski, dwuwymiarowy, ale przestrzenny, bardziej niż  zdjęcie przypominał hologram, przy czym w zależności od stanu zaawansowania choroby zmieniał się kolor obrazu.

Wreszcie kręgi wskoczyły idealnie na swoje miejsce. Ostry ból powoli zaczął się zmniejszać, aż wreszcie prawie całkiem ustąpił.
Nie umiałam określić, jak długo to trwało, ból i napięcie spowodowały ze straciłam rachubę czasu. Nie otwierając oczu i nie pozwalając sobie na odpoczynek, taką samą procedurę przeprowadziłam w odcinku piersiowym. Ból był na szczęście znacznie mniejszy a i wysiłek nieporównywalny, choć może bardziej rozciągnięty w czasie. Ostatni raz dokonałam przeglądu kręgosłupa, uznając że wszystko jest w porządku. Otworzyłam oczy. Czoło miałam zroszone potem może z wysiłku może z cierpienia. Dłuższą chwilę leżałam nieruchomo, bojąc się poruszyć. Ale w końcu zaryzykowałam nieznaczny ruch. Nie czułam poprzedniego ostrego bólu, który jeszcze niedawno mi towarzyszył. (…) mąż myślał pewnie że zasnęłam, słyszałam jak trzasnęły drzwi wejściowe, więc musiał  pójść do sklepu. Postanowiłam zrobić mu niespodziankę. Bardzo podniecona i zadowolona z siebie, poszłam do kuchni żeby zrobić kolację. (…) Następnego dnia podarłam zwolnienie lekarskie i poszłam do pracy.

Miałam też kilka przypadków gdy samoleczenie odbywało się bez konieczności zaglądania do wnętrza a dotyczyło to takich urazów zewnętrznych, jak oparzenia czy skaleczenia. W takich przypadkach wystarczyła natychmiastowa reakcja na uraz i ukierunkowana autosugestia.

Z pomocy lekarza i środków farmakologicznych przestałam praktycznie korzystać dużo wcześniej, bo od roku 1981 kiedy doznałam zapaści po gentamycynie. Jak dotychczas moje metody zdają doskonale egzamin nawet w sytuacjach ekstremalnych.

Dwa zawały serca. Mudra ratująca życie.

A apan mudra 2

http://muninszaman.blogspot.com/2013/03/mudra-ratujaca-zycie-apan-vayu-mudra.html Dokładny opis jak stosować.

A apan mudra

Zdjęcie  ze strony  http://www.oocities.org/yoganidra4u/Mudra.htm

Przeszłam dwa zawały serca. Myślę, że oba by wynikiem zajmowania się bioenergoterapią. Bardzo wielu uzdrowicieli umiera z powodu niewydolności serca. Taka jest niestety cena przekazywania energii innym osobom. Silnik eksploatowany intensywniej, szybciej się zużywa..

W obu przypadkach zawał dopadł mnie na ulicy. Nagle poczułam przejmujący ból w klatce piersiowej i ucisk w gardle tak silny, że nie mogłam złapać tchu. I w obu przypadkach bez chwili zastanowienia zastosowałam mudrę ratującą życie. Po kilkudziesięciu minutach mogłam już znośnie oddychać i powoli wrócić do domu. Myślę że mogło to trwać nawet do pół godziny. Na szczęście zdarzało się to w okolicach domu. Po tych atakach zdając sobie sprawę z powagi sytuacji przez kilkanaście dni bardzo się oszczędzałam. Nie wychodziłam z domu, leżałam w łóżku stosowałam ścisłą dietę i piłam dużo soków. Leczyłam się mudrami i dotykiem. Po dwóch tygodniach poszłam do lekarza, żeby zrobić elektrokardiogram. Moja diagnoza była prawidłowa – uszkodzenie mięśnia sercowego. Lekarze mówili ze miałam dużo szczęścia ale żebym w przyszłości w podobnym przypadku skorzystała z pomocy specjalistów. Byłam i jestem przekonana, że sama pomogłam sobie najlepiej, jak to możliwe. Moja pomoc przyszła natychmiast, podczas gdy samo czekanie na karetkę pogotowia trwałoby nie wiadomo jak długo.

Złamanie:Ostatni przypadek samoleczenia zdarzył mi się w marcu 2002 roku. Schodząc z taboretu niefortunnie zeskoczyłam na lewą nogę. Odczułam silny ból w kości piszczelowej ale swoim zwyczajem zbagatelizowałam go. w następnych dniach ból jednak nie ustepował, ale i też nie zwiększał się, nie pojawiła się opuchlizna. Starałam się nie chodzić zbyt wiele, nogę trzymałam w ułożeniu poziomym i leczyłam ją dotykiem. Od czasu do czasu chodziłam po mieszkaniu a nawet wyprowadzałam na dwór naszego pieska. Po dwóch tygodniach mąż kategorycznie zażądał wizyty u lekarza. W przychodni rejonowej zostałam skierowana na rentgen. Kiedy wróciłam ze zdjęciem lekarza u którego byłam zastąpił inny. Czekała na niego już grupka pacjentów, większość z nich po zdjęciu gipsu i kontrolnym prześwietleniu. Lekarz nie zainteresował się moją nogą, tylko zdjęciem rentgenowskim.
– Pięknie się zrosło. Gips zrobił swoje a i leki pomogły.
rozbawiona, nie wyprowadzałam go z błędu (..) nie muszę chyba pisać że leków oczywiście nie wykupiłam a już niedługo odbywałam forsowne spacery. Na zdjęciach rentgenowskich widać wyraźnie dwa pęknięcia kości piszczelowej przy stawie kolanowym i strzałkowej  – przy skokowym. (..)

Nie każdy zapewne jest w stanie uzyskać warunek wstępny, czyli głęboką koncentrację, dzięki której zobaczysz chore miejsce ale zawsze można próbować środków zastępczych: medytacji, autosugestii, regulacji polaryzacji, odblokowania kanałów energetycznych, mudr których działanie przedstawię w dalszej części tej książki.(…)”

Tymi słowami kończy dr Kubacka rozdział o swoich samowyleczeniach. Oczywiście nie wszystko przepisałam w opowieściach podnoszących na duchu. Wszystkich szczerze zapraszam do przeczytania książek, obu książek dr. Jail Kubackiej, naprawdę warto mieć je w swojej biblioteczce i często przypominać sobie o wielkiej mocy leczniczej umysłu.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii, Książki. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

11 odpowiedzi na „Kręgosłup, pozytywne opowiadanie, podnoszące na duchu.

  1. abigail pisze:

    Też wyleczyłam się kilkakrotnie z dolegliwości. Najbardziej pamiętam wielki i głęboki, zagniot, czy też odcisk w stopie… Próbowałam różnymi dziwnymi płynami smarować, w końcu spróbowałam wizualizacji… Poskutkowało :D…
    Pozdrawiam,
    l.

    • elka pisze:

      Bardzo podnoszą na duchu takie małe cuda, pokazują że można. Cieszę się osiągnęłaś to co chciałaś „zwykłą” wizualizacją. :)

  2. Lidia pisze:

    Ja też próbuję wizualizacji, różnie mi to idzie. Czynnikiem hamulcowym jest trochę mała wiara w skuteczność tej metody.

  3. margo pisze:

    Elu nigdy nie próbowałam takich metod, w każdym razie ja bardziej polegam na komforcie psychicznym- jak najmniej stresu. Każda z moich chorób była następstwem głębokiego stresu. Dlatego teraz doceniam wszystko przy czym mogę się odprężyć, muzyka, książki, rower,żadnej siłowni, spacery i życzliwi ludzie. Pozdrawiam prawie wiosennie.

  4. Joanna pisze:

    wierzę… wierzę w metody niekonwencjonalne ! czy stosuję… tak… za to nie ufam lekarzom…

  5. Jasna8 pisze:

    Jak to wszystko pięknie brzmi.
    Ale chyba nie każdy jest taki zdolny jak Pani dr. Kubacka.
    Takie zdolności to każdemu by się przydały :-)

  6. kalipso pisze:

    Też bym tak chciała… Miałam raz w życiu taki przypadek, że obudziłąm się i zdałam sobie sprawę, że nie mogę ruszyć nogą. Czułam ogromny ból, jak nigdy w życiu. Nic tego wcześniej nie zapowiadało. Nie stosowałam świadomie wizualizacji, ale myślałam, że jak będę trzymać nogę w odpowiedniej pozycji, to przejdzie. Wyobrażałam sobie, jak krew w nodze przpływa, że ból ustaje. Minęła doba, zanim przeszło i mogłam normalnie chodzić. Czy te moje myśli pomogły? Nie wiem. Prawdopodobnie był to atak rwy kulszowej. Nigdy więcej się nie powtórzył.

  7. elka pisze:

    Nie macie pojęcia jak bardzo mnie te komentarze ucieszyły i wiedza że zdarzają się małe cuda, chociaż myślimy że ich nie ma.
    Krysiu – w jakimś stopniu każdy ma takie zdolności, jeśli chociaż jedna osoba potrafi to my wszyscy potrafimy. A ja?
    Silny ból głowy migrenowo reumatyczny. Jego podstawą był reumatyzm, kilka godzin w nocy walczyłam a raczej wchodziłam w ból, pigułki zostały 100 kilometrów od miejsca w którym cierpiałam. Nie mogłam za nic zasnąć, trwało to bardzo długo a gdy wreszcie zasnęłam, rano obudziłam się bez bólu i … moje migreny już nie wróciły, głowa teraz bardzo rzadko mnie boli ale to tam żaden ból bez porównań. :) Na pewno więcej jest tak pozytywnych doświadczeń które podbudują ducha w ciele. :))

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>